niedziela, 14 kwietnia 2013

14 kwietnia 2013


Monika:

Moja mała włoska podróż

Dzień 1

7.30 autobus z Cluny. Ja, Magda i parę innych osób, które z uśmiechem na twarzy opuszczają na parę chwil mury opactwa. Dojeżdżamy do dworca, gdzie każdy podąży zaraz w swoim kierunku. Mój kierunek nr 1 - dworzec Milano P. Garibaldi


Mogłoby się wydawać, że podróż pociągiem to najnudniejsza podróż pod słońcem. Samemu, z miarowo stukającymi o szyny kołami, które wprowadzają w jakąś podróżniczą hipnozę.
Jestem absolutnie przeciw. Cały dzień w pociągach i autobusach (konkretnie w 3 pociągach i dwóch autobusach) był niesamowity, pełen wrażeń, ludzi, emocji, pełen nauki i uśmiechu. Właśnie, tęskniłam za uśmiechem :)

Kiedy odrywałam oczy znad książki (w tym miejscu pozdrawiam gorąco Szymona Hołownię i dziękuję mu z całego serca za jego "Last minute. 24h chrześcijaństwa", gdyż nie da się chyba opisać słowami tego, co przeżyłam z każdą kolejną stroną tej książki. Nie, nie przesadzam i wiem, że w tym, że wzięłam akurat tę książkę na akurat tę podróż jest coś większego niż tylko przypadek. Na opisywanie książkowych wrażeń przyjdzie jednak jeszcze pora, pewnie gdy ją skończę)... Tak, wiec kiedy odrywałam oczy znad książki gdzieś na francusko-włoskiej granicy moim oczom ukazywały się krajobrazy zapierające dech w piersiach.
Technologia technologią, ludzkie ręce ludzkimi rękami, ale takie góry, z takim słońcem, z takimi chmurami z takim duchem to mógł stworzyć tylko Pan Bóg. I stworzył. I ja podziwiałam je przez dobre 2 godziny. Na doświadczenia ducha stanowczo polecam dobrą książkę, chwilę zadumy i góry za oknem.
(ps. wiem, że na tych zdjęciach widać moją komórkę, ale no niestety przez pociągową szybę nie dało się zrobić inaczej)






Pierwsze włoskie miasto - pierwsza włoska radość. BARDONECCHIA. I palmy w ogródkach.


13.20 Torino Porta Susa. Dużo ludzi wysiada, dużo ludzi wsiada. Rozmawiam z pasażerami. Oni mówią (właściwie śpiewają) po włosku, ja odpowiadam mieszanką hiszpańskiego i francuskiego i tak mijają kolejne godziny.
I znowu góry, zakochałam się w tych widokach. Pola, stawy i znowu góry. Jedziemy przez wysokie mosty, na których ułożone są tory. Z góry wszystko wygląda tak skromnie. Gdybyśmy jechali dołem, wyglądałoby wyniośle... Nie wiem jak oni to robią, że budują takie drogi...
Co rzuca się w oczy? Charakterystycznie porozwieszana gdzie się da pościel, wielkie białe płachty zwisający z dziwno-kształtnych włoskich domków, z półbalkonów nad półogródkami.

14.50 Milano P. Gardibaldi
Jeśli nie wiesz jak powinien wyglądać europejski dworzec to patrz:






Usiadłam sobie w parku przed dworcem w oczekiwaniu na kolejny pociąg. Włosi są niemożliwi. Żadne ich spojrzenie nie może być pozbawione emocji. Naprawdę. I bardzo otwarci. Zagadywanie na "masz może papierosa" wydało mi się dość pretensjonalne, ale widać - działa, skoro wciąż to robią. Godzina pod dworcem w Mediolanie dała mi obraz: piękne Włoszki, pięknie zrobione właściwie, sfeminizowani Włosi z tymi swoimi zawadiackimi minami, Vespy co 5 metrów i upał. Tak, ewidentnie na taką pogodę nie była przygotowana. Nie rozumiem więc jak oni mogą chodzić w płaszczach kiedy ja gotowałam się w koszulce na ramiączkach...

OK, mam pociąg. Destinazione: Bologna Centrale.

Tak, ten pociąg to ewidentnie nie jest Pendolino. Mimo że jedzie 300km/h.
Trochę gorzej trafiłam. Ciasne miejsce obok wielkiego informatyka jadącego na jakiś slot fanów gry.
Na szczęście to tylko godzina. Skorzystam i poobserwuję różnorodność wśród Włochów.
Podróże kształcą. Podobno tylko ludzi inteligentnych. Mam nadzieję, że wyniosę z tej podróży jakąś naukę, póki co widzę, jak ciekawe kulturowo jest to doświadczenie.

Z Bolonii jechałam jeszcze innym pociągiem, nieco ponad 3 godziny. Moimi towarzyszami podróży okazali się bardzo interesujący i sympatyczni ludzie. Bardzo włoska Włoszka ok 20 lat, Jose, ciemnoskóry chłopak z Angoli i 60letni Pan miłośnik broni palnej. Ciężko mi powiedzieć jak to się w ogóle stało, że się dogadaliśmy.
Jose, student socjologii opowiadał mi o różnicach w polityce zdrowotnej między Brazylią, a Afryką Południową. Mówi w 7 językach, zwiedził już chyba cały świat, więc przy jego opowieściach 3 godziny minęły w oka mgnieniu...

Kiedy po raz kolejny wyjrzałam przez okno moim oczom ukazało się morze. Adriatyk.
Wiecie, za oknem Rimini, ludzie wydają całe pensje, żeby przyjechać tu na wakacje, a Ty tak po prostu przejeżdżasz sobie obok...



Nagrałam trochę morza :) W słabej jakości, ale to zawsze jakby bliżej Adriatyku.


Kawałek dalej - Ancona - 3 metry od morza, oświetlone półwyspy. Pamiętacie, jak pisałam, że Paryżanom spowszedniał Paryż? Włochom też już chyba spowszedniały Włochy.

Na końcu podróży czekała mnie jeszcze tylko jedna niespodzianka - spóźniony pociąg i gonitwa za autobusem do Maceraty. W autobusie nikt nawet nie chciał ode mnie biletu, wszyscy słuchali transmisji meczu, a kierowca przemierzał małe, włoskie uliczki z taką prędkością, że modliłam się chyba całą drogę.

Uff. Udało się. 21.50 jestem. Męczący, ale genialny dzień.
Miałam w głowie plan, wizję tych paru dni, ale nie, zostawiam je. Bez planów, bez oczekiwań - zobaczymy ;)

CIAO!

Dzień 2

Wyspałam się. Pierwszy raz od dawna! Po śniadaniu wypiliśmy z Kubą herbatę na trawie przed domem. Tak, student na erazmusie mieszka w domku z ogródkiem. Wciąż jest 25 stopni i wielkie, pięknie słońce. Poszliśmy na Mszę. I chyba nawet wszystko zrozumiałam ;)
Eucharystia po włosku ma w sobie coś jeszcze bardziej sakralnego. Nie wiem co, ale to czułam.

A to mój nowy znajomy - Kot:






Tak oto zaczęła się niedziela. Drugi dzień podróży. Nie wiem kiedy teraz zdam relację, bo chyba jednak wolę spędzić czas gdzie indziej niż przed komputerem. Będę jednak robić zdjęcia i na pewno je tu później opublikuję.
ps. prawie wszyscy ludzie mają tu kapliczki w ogródkach! niewiarygodne!

A teraz pozdrawiamy z Kubą i idziemy na obiad!


CIAO!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz