wtorek, 18 grudnia 2012

18 grudnia


Paryż 

Jeżeli miałeś wystarczająco dużo szczęścia, żeby mieszkać w Paryżu w młodości, to gdziekolwiek pojedziesz Paryż zawsze w tobie zostanie, bo Paryż to uczta, którą można przenosić. 
Ernest Hemingway

Monika:

Ja nie mam tyle szczęścia. To znaczy być może jeszcze będę mieć, jeśli za 1,5 roku to wciąż będzie młodość ;)
Początkowo planowałam z wielkim oburzeniem zacząć od zdania: "Niektórzy ludzie nie zasługują na to, aby mieszkać w Paryżu". To było takie pierwsze spostrzeżenie, kiedy zobaczyłam jak obojętnie  Paryżanie przechodzą obok wszystkich tajemnic swojego miasta. Nie wiem tak naprawdę jaki jest Paryż i czemu jest właśnie taki, ale dla mnie zawsze będzie "czymś ponad" i zrobiło mi się... przykro jak zobaczyłam jego mieszkańców. Żeby zostać dobrze odebraną powinnam chyba jednak zacząć od początku...

Piątek:

Pod wieczór, kiedy już Cluny pustoszało, ubrałyśmy się z Darią w głupie ubrania, kolorowe rajstopy, szelki, umalowałyśmy policzki i dołączyłyśmy do reszty szalonej grupy teatralnej (tak! postanowiłyśmy się w to zaangażować). Jako dwa piękne skrzaty - pomocnicy świętego Mikołaja rozbawiałyśmy dzieci naszych profesorów i administracji.

  
Po odegraniu wspaniałego przedstawienia podarowałyśmy dzieciakom prezenty i... zaczęło się szaleństwo.
Ja, Rachel i Sonia spakowałyśmy się w biegu, zjadłyśmy dietetyczne bio-naleśniki i ok 21 wyjechałyśmy do Paryża z dwoma Ancienami (studentami drugiego roku), którzy pierwotnie mieli z nami tylko dzielić samochód... Nasza podróż do Paryża trwała do 1 w nocy. Warto dodać, że jechaliśmy Peugeotem 107. Nie muszę mówić jak wygodnie było.
Spałyśmy w mieszkaniu innych studentów drugiego naszej uczelni, którzy akurat ten rok spędzają w Paryżu (wśród nich chłopak Rachel). Nasi towarzysze podróży przyznali się, ze wcale nie znaleźli noclegu, więc zostają z nami.
Mieszkanie magiczne :) Centrum Paryża, widok z okien na małe uliczki, dwa poziomy, stare okna, grupa studentów hipsterów, lodówka pełna francuskich przysmaków i Edith Piaf z winyla. Bardziej paryskiego weekendu nie mogłam sobie wyobrazić ;)
Była tylko jedna nieznośna rzecz, która trochę utrudniła nam życie: nie działało ogrzewanie. Śpiwór, kołdra, szron na szybie w łazience ;) Mimo to było wspaniale.
Piątek skończył się o 5 rano w sobotę, spokojnie, sympatycznie, rozmowami na wielkich niechlujnych kanapach. 


Sobota:

Planowałam wstać wcześniej, ale takie plany nieczęsto wchodzą w życie. Udało się wyjść z domu, chociaż cała wielka grupa była bardziej przekonana do zostania w domu (!!! nigdy tego nie zrozumiem).

Miłość zamknięta na kłódkę ;) Pont des Arts to Most Sztuk Pięknych, gdzie zakochani od lat zostawiają "dowód" swojej Miłości wierząc, że dzięki temu ona przetrwa. Pięknie stamtąd widać miasto :)


Są trochę kiczowate, ale dodają uroku.
Trochę wstyd, ale nie do końca pamiętam co to. Myślę, że Biblioteka Narodowa.

Sekwana - serce miasta.

W Paryżu można podziwiać około 30 różnych mostów, każdy ze swoją historią, każdy wyjątkowy. Najstarszy to Pont Neuf, ale nie widać go na zdjęciu ;)

Tu można podziwiać Louvre od drugiej strony niż to się z reguły ogląda na fotografiach.
I tu właśnie narodziło się moje zastanowienie, jak można mieszkać w Paryżu, budzić się tam każdego dnia i nie szaleć z radości. Ja wiem, że to trochę naiwne i dziecinne i że to normalne, że miejsce zamieszkania zwyczajnie nam powszednieje, ale przecież te tabliczki z ulicami, które tak sprytnie prowadzą po historii miasta, te małe butiki tak cholernie drogie, że nigdy nikogo nie ma w środku, te kawiarnie, mega ciasne z mnóstwem ludzi liczących na "Happy Hours" i tańsze naleśniki z bananami i czekoladą, te awangardowe galerie z jednym obrazem na 30 merach kwadratowych, te vespy na ulicach, ten tłum, ta muzyka, która słychać na absolutnie każdej ulicy: wiolonczela, skrzypce, harmonia, nawet w metrze, te ulice Montmartru, Ci ludzie tak specyficzni, te wszystkie drobiazgi, które sprawiają, że tam po prostu jest inaczej... obok tego nie można tak po prostu przejść obojętnie, prawda?


To gdzieś w zasięgu Louvru ;)

Dzielę się z uwagi na światło ;) Louvre, piramida, kawałek burzy, która jest podobno dziwnym zjawiskiem w Paryżu i moi nowi znajomi studenci na pierwszym planie.


Razem mieszkamy, razem zwiedzamy Paryż ;) Rachel, ja i Sonia. Daria nas trochę zdradziła tym Mediolanem, ale wybaczamy jej.

Każdy chce mieć zdjęcie, jak trzyma w palcach czubek piramidy. Ja uznałam za ciekawsze zrobić zdjęciem ludziom, którzy właśnie robią sobie zdjęcia ;D Wyobraźcie sobie, że były kolejki do tych słupków... Przecież jeśli każdy ma takie zdjęcie, to ono przestaje być wyjątkowe.

Potęga tej budowli mnie przytłacza. Ale tak pozytywnie, jeśli oczywiście coś może nas pozytywnie przytłaczać. Tak, mimo że mieszkam w wielkim opactwie.


Tak, a to właśnie drugoroczni studenci, którzy cudem zostali wyciągnięci z mieszkania, żeby z nami pozwiedzać.


Żeby nie było wątpliwości - to jest świąteczna dekoracja.

Ten sam most, tym razem wieczorem.


Diabelski młyn w Ogrodach Tuilerii

 
To miejsce chyba kojarzycie ;) Zapytana wieczorem co jeszcze chciałabym zobaczyć odpowiedziałam, że oczywiście jako schematyczny, typowy turysta chciałabym zobaczyć Wieżę Eiffla. Nie dziwiło ich to, ale widziałam, że nikt nie miał specjalnie ochoty oglądać jej po raz kolejny. Jak widzicie - dali się namówić, choć była ogromna burza i zmokliśmy straszliwie.

Standardowe informacje chyba wszyscy znają, więc może parę ciekawostek...:

- Wieża jest odmalowywana co 7 lat, zużywa się na to 50 ton ciemno-brązowej farby
- W upalne dni wysokość wieży Eiffla wzrasta o 15 cm z powodu rozszerzalności metalu. 
- Podczas budowy wygrawerowano na wieży nazwiska 72 znamienitych francuskich inżynierów, naukowców i matematyków tamtych czasów.
- Pod ogromnym wrażeniem na widok całej budowli był Thomas Edison. W księdze pamiątkowej napisał "Inżynierowi Wieży Eiffla, śmiałemu konstruktorowi - człowiek, który z największą czcią odnosi się do wszystkich inżynierów, a w szczególności do pierwszego ze wszystkich, do Pana Boga".  
 

Po licznych próbach udało mi się odzyskać jedno jedyne zdjęcia, na którym mniej więcej widać wieżę i można rozpoznać moją twarz. Aparat w komórce, burza i pełno świateł nie dają najlepszego efektu.

Sobota zbliżała się ku końcowy - tak mi się przynajmniej wydawało. Po kolacji jednak pojawiła się ochota na imprezę. Nie, nie moja, ale miałam małą siłę przebicia - tak oto znalazłam się w paryskim klubie, z najgorszą muzyką świata (która według nich jest fantastyczna do zabawy). Oszczędzę Wam przeboje z szukaniem taksówki o 4 rano (proszę sobie nie myśleć, po 1. nie było wcale tak drogo mimo że to Paryż i sobota, po 2. nie ja musiałam płacić ;D ) i moje odciski i skurcze w stopach, po tylu godzinach w wysokich butach. Trzymają do tej pory. Sobota skończyła się o 5 rano w niedzielę. Dotarłyśmy z Sonią (bo się trochę podzieliliśmy i zostałyśmy we dwie) szczęśliwie do zimnego mieszkania, zjadłyśmy kolację i padłyśmy..

Niedziela:
 ... niedzielę zostawiam na jutro, bo już nie mam siły, a niedziela była chyba najfajniejsza, więc nie chcę niczego pominąć ;)

Tymczasem kładę się spać w paryskim nastroju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz