niedziela, 9 grudnia 2012

9 grudnia

Monika:

"Światło to symbol życia, wieczności, radości i nadziei. Nic dziwnego, że festiwale światła łączą się zazwyczaj z najważniejszymi świętami.
Korzenie lyońskiego festiwalu sięgają połowy XIXw. i związane są z figurką Matki Bożej Niepokalanego Poczęcia, która, wykonana ze złota, znajduje się na szczycie tamtejszej bazyliki. Początkowo nie można było jej tam umieścić z powodu huraganu, a następnie olbrzymiej powodzi. W końcu jednak, 8. grudnia 1852r., udało się. Mieszkańcy miasta na pamiątkę tych wydarzeń zapalali więc co roku w swych oknach lampki i świeczki. Dziś artyści i specjaliści od oświetlenia dosłownie malują światłem całą stolicę regionu Rodan-Alpy.
Przez cały weekend Lyon oświetlony będzie niemal jak lunapark, każdy zakątek rozbłyśnie strumieniem kolorowych świateł. Place i ogrody zostaną zapłełnione ekranami migotliwych obrazów."
Ok, to jedna z wersji. Znamy też taką, że kiedyś we Francji była dżuma i mieszkańcy Lyonu chcieli jej uniknąć. Postanowili więc pomodlić się  do Matki Boskiej i wystawić w oknach świeczki. Tak oto dżuma przeszła obok Lyonu, a mieszkańcy do tej pory co roku na pamiątkę tego wydarzenia zbierają kupę forsy od przybyłych turystów.
Historię będę opisywać pod zdjęciami, tak chyba będzie bardziej przejrzyście, ale z grubsza: nigdy nie widziałyśmy naraz chyba tylu ludzi, straszliwie dużo, po prostu ogrom. W pierwotnych planach miałyśmy iść zrobić świąteczne zakupy, ale po 1 okazało się, że we Francji jest przecież dużo drożej..., a po 2 po jakimś czasie w tym tłumie, kiedy wszyscy mnie szturchali myślałam, ze wybuchnę, więc wyszłyśmy z tego całego centrum handlowego. Może to trochę kwestia tego, że od 3 miesięcy mieszkamy w zapomnianym miasteczku, ale to, co działo się wczoraj w Lyonie to było istne szaleństwo...
Poza tym nie chcę być znowu zbyt krytyczna, ale to święto jest trochę przereklamowane. Dużo gadania na ten temat, miliony ludzi, pełna komercja, a szału nie było... Ładnie, ciekawie, ale czy naprawdę aż tak? Tak czy inaczej warto było zobaczyć, być tam, przekonać się :)

To jest początek naszej podróży. Pojechaliśmy wszyscy, w 10, więc dwoma samochodami. Oczywiście zgubiliśmy się nawzajem, więc były nerwy, ale koniec końców dotarliśmy do całkiem przyjemnego parkingu, z którego od razu pod nosem mieliśmy metro do centrum.

To chyba wygląda tak normalnie, nie ma to nic wspólnego z jakimś dodatkowym światłem. Myślę, że to jest Universite Lyon III. ale pewna nie jestem.
Jako jedną z atrakcji (po podzieleniu się na 7 różnych grup, zgubieniu parę razy i w ogóle wielkim szaleństwie) wybraliśmy sobie wielki diabelski młyn. Nigdy nie byłam na czymś takim, nawet jako dziecko. A szkoda, bo dało mi wczoraj wiele radości. I piękne widoki. I prawię umarłam ze strachu.

widok z góry

widok z góry

znowu widok z góry

Akos i ja. Przewiało nas tam na górze niemiłosiernie, a jeszcze Akos żartowniś bujał i obracał naszym koszykiem, w którym siedzieliśmy. Tak, byłam bliska paniki. Ale warto było ;)

To tak, żeby pokazać jakie bezpieczeństwo zostało nam zapewnione...

jedna z iluminacji na budynkach, nad brzegiem rzeki. to akurat było zjawiskowe.
taki latający świetlny potworek
Orkiestra Mikołajów :)






a na ulicach sprzedawali grzane wino. tu Kinga.

poszukiwania odpowiedniej trasy zwiedzania :)







Droga pod górę, na najwyższy punkt, do Bazyliki Notre-Dame de Fourviere

w bardzo wielu oknach ludzie powystawiali sobie świeczki. dało bardzo uroczy efekt.

Widok z góry na Lyon




A to właśnie ta Bazylika.

Cały wieczór widziałam ten napis z drugiej strony, z dołu,ze starego miasta. Na koniec kiedy wdrapaliśmy się już na górę zobaczyłam go od drugiej strony. To trochę śmieszne, że w laickiej Francji na szczycie góry świeci wielki napis widoczny z całego miasta: "Dziękujemy Maryjo"...


powrót ;)
A na koniec: znalazłam jeszcze krótki film. Daria przed egzaminem z czegoś tam znalazła sobie sposób na odstresowanie ;)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz