niedziela, 25 listopada 2012

25 listopada

Daria:

Dziś po całym intensywnym weekendzie napiszę tylko zapowiedź posta, który może uda nam się z Moniką napisać na dniach. Jak już będziemy mieć prąd, teraz korzystam jeszcze z resztek baterii...

Zatem z telegraficznym skrócie: wszyscy jesteśmy już oficjalnie Gadz'Artami. Wymarzliśmy, odstaliśmy i przeszliśmy soje, żeby się nimi stać. Każdy z nas ma teraz swoją nową "rodzinę". Te ostatnie kilka dni to było dużo śpiewania, dużo monomu, dużo jedzenia i dwie baaardzo intensywne imprezy wieczorem w "Foy'sie".
Bogatsi o te wspomnienia, które z pewnością będziemy pamiętać przez całe życie, z dumą możemy powiedzieć, że:

Nous sommes les GADZ ‘ARTS


Na czele MT El Barto 81 oraz
 RU Swagger 71
RU Calcifer 106
RU Moustarki 142
RU Kalecta 169

Tuż przed złożeniem przysięgi

Cl 212

Kinga, Patryk, Maciek, Wera 

z Magdą

Cały główny hol Grand Gal's przepełniony ludźmi. Dekoracje w kolorach przypisanych Cluny: królewski błękitny i żółty.

niedziela, 18 listopada 2012

18 listopada

Daria:

Dawno się nie odzywałyśmy, ale jak można się było domyślić nie działo nic ciekawego, o czym można byłoby napisać. 
Znowu jestem przeziębiona, więc weekend spędzam w łóżku. 


Wczoraj z Moniką w stroju niebywale wyjściowym (dresy) poszłyśmy na apero (l'apéritif) do Francois i Pierra. Przed wakacjami na wszystkich świętych obiecali, że przywiozą specjały ze swojego regionu, no i słowa dotrzymali. To jest coś niesamowitego, ale chłopaki bardzo dużo wysiłku wkładają w to, by spersonalizować swój pokój. Co z naszego punktu widzenia wydaje się nieco szalone skoro wiadomo, że mieszkamy tu tylko przez 10 miesięcy... Zmian w ich pokoju zaszło całkiem sporo. Już od progu zobaczyłyśmy ładnie przyozdobione niebieskawymi światełkami świątecznymi dwa piętrowe łóżka. Bardzo ładnie to wygląda, jak taka brama. Na ścianie po lewej wisi ogromny (myślę, że format większy niż A0) plakat reklamujący wódkę. Teraz zbierają wycięte z kartonów logo piwa, które mają zamiar przyklejać do obramowania piętrowych łóżek. Francois wymyślił jeszcze u siebie na górze przy łóżku całkiem sprytny system: nie jest to baldachim, choć trochę tak wygląda, ale z głową zamontowana zasłonka, dzięki, której ma choć odrobinę prywatności. Co jest rzeczą niezwykle rzadką w tymże akademiku. Zebraliśmy się 4 Polaków (ja, Monika, Krzysiek i Przemek) i 4 Francuzów. Ze specjałów południowej części Francji zaserwowano nam anchoiade, czerwoną tapenadę oraz różowe francuskie wino. 
O tak mniej więcej wyglądała nasza przekąska, tylko bez tych wszystkich warzyw po lewej. 
Mnie anchoiade nie przypadła do gustu, bo ma za bardzo wyrazisty słono-rybny smak. Chociaż Monika mojego zdania nie podziela. Z naszej strony daliśmy im spróbować ogórków po francusku (nazwanych przez nich ogórkami z Mc'donalds) oraz kabanosów (na których pełno jest małych flag francuskich, co jest bardzo śmieszne dla Francuzów, bo u nich takie "kiełbaski" nie istnieją).
Resztę wieczoru spędziłyśmy z Magdą Wroną na oglądaniu filmów do prawie 1 nad ranem :) (Ryan Gosling <3 ^^)
W tym tygodniu udało mi się trochę pogadać ze znajomymi z Bordeaux, których poznałam będąc tam na kursie BESTu w kwietniu. Oni są teraz studentami 2 roku, również na ENSAMie. Jest w tej szkole taka tradycja (w każdym z jej 9 centrów), że pierwszoroczni od swojego chrztu do chrztu następnego rocznika nie golą brody, ani nie ścinają włosów. Ma to na celu wzbudzić lęk w przyszłych pierwszorocznych gdy ich zobaczą... Efekt jest taki, że cały drugi rocznik wygląda jak banda śmierdzących barbarzyńców.... ale do czego zmierzam. Zatem w Bordeaux Proces Przekazywania Tradycji dobiegł końca w zeszły weekend, więc dla obecnych drugorocznych jest to czas na radykalną zmianę fryzury. Ponieważ w Bordeaux mają nieco luźniejszy stosunek do tradycji niż tutaj w Cluny, oto jakie eksperymenty chłopaki robili podczas ostatnich kilku tygodni. Enjoy :)


Sylvain przed...
i Sylvain po przemianie...
Normalny Antoine...
fruzura sprzed 2 tygodni...
również sprzed dwóch tygodni, ale po "poprawkach"....
z zeszłego tygodnia...
i z wczoraj, tuz przed ścięciem się kompletnie na zero xD
Tu w Cluny ponieważ mieszkamy na końcu świata, drugoroczni nie przejmują się tym, że wyglądają jak zarośnięte małpoludy, więc wyhodowali te brody dużo dłuższe. Nie ma opcji, żeby dało się ich rozpoznać jak je zgolą! 

niedziela, 11 listopada 2012

10 listopada


Daria: (i Monika:)

Ależ była biba wczoraj (i przed wczoraj)! Specjalnie na tę okazję wszyscy zostali na weekend w opactwie. Trzeba tu dodać, że dostajemy z góry terminy weekendów, które należy zaklepać na rzecz szkoły i rozwoju naszych więzi. To jest jeden z tych weekendów.
(Piątek) Impreza tematyczna: soirée chapal (wieczór czapkowy - dobrze, że mamy mniej więcej po 20 lat i ktoś wpada jeszcze na takie pomysły. chociaż pojawił się też pomysł "wieczór z Harrym Potterem" albo wieczór "w płaszczach" - tych, które nosimy CAŁY CZAS, więc z dwojga złego lepsze te nakrycia głowy). W szkole, w której obowiązkowe są uniformy pole do popisu zostało nam na głowie ew butach. Trzeba przyznać, że ludzie wykazali się niewiarygodną pomysłowością :) My ze swoim wiecznym sprzeciwem nie za bardzo zamierzałyśmy w ogóle tam iść, ale lepiej się chociaż pokazać, żeby nie wysłuchiwać później, że Polacy się nie integrują. Wytrzymałyśmy jakieś 3 godziny (włączając posiłek). Ja tam się dobrze bawiłam do 2. 30 =P to Monika wiecznie chodzi spać przed północą ! Będzie dużo zdjęć.



ja, Monika, Rachel (aka Kozaczki), Wera i Magda - Zawsze wyglądamy przy niej źle. to jest nasze ostatnie wspólne zdjęcie! Jelon powiedział, że Daria wygląda tu jak ta kobieta z piosenki Manu Chao "Je ne t'aime plus:, ja wyglądam jakbym bardzo chorowała, a z Magdy się śmiali, że jest jak polski cygan. Świetna impreza po prostu była. W tle ściana opactwa - tak się teraz właśnie dba o zabytki :)


Pierre i Sylvain
Aymeric i Helene
Od lewej: Benjamin (na nazwisko ma prawie tak jak sklep budowlano-dekoracyjny), François (strasznie dowcipny człowiek), Aurélien (ma afro śmieszne, takie jakby mu na nie wiatr wiał tylko z jednej strony), Théo (chłopak Amandine), Najoua, a za nią Mihai (PECO z Rumunii) - z biustonoszem na głowie, ok...??!!?
Jeanne ze swoim najlepszym kumplem Antoinem

Timothée
Najoua, ona jest szalona

Heloise (wpółlokatorka Wery, Magdy i Kingi) i Jeanne,
 z którą często jestem w grupie
François, prawdopodobnie najwęższa osoba na roku. Warto dodać, że to jest cecha rozpoznawcza Francuzów - są jacyś tacy... wąscy.
Amandine, z Marsylii więc mówi jakby miała zdrętwiały język, ale jest bardzo miła, to ona wytłumaczyła mi etymologię słowa agrafka

Simon

Léger, w sumie nie pamiętam jak ma  na imię... (Benoit) "maskotka" naszego rocznika, to on się zawsze wydurnia

Bullet (Jean-Baptiste - Francuzi nie potrafią zrozumieć czemu u nas nikt nie ma na imię Jan Chrzciciel. Bo on na przykład właśnie tak ma na imię...) Dla Francuzów barbecue to po prostu kawałek bagietki z pomidorem serem i kawałkiem mięsa (czyli poszatkowanym mięsem zlepionym w taki okrągły stek). ZAWSZE tak wygląda posiłek, który mamy sobie zorganizować sami.
Kinga, Heloise, Akos i ja

Bastien i meksykańskie karmelowe pyszne ciasteczko. Bardzo głupie zdjęcie.


Tim z wałkiem na głowie. On ma tak na imię jakby były jakieś wątpliwości...

zaciesz
Monika i jej śmieszny kolega Pierre
Monika i François
Przemek i Patryk
Akos jako babuszka


Niekwestionowany mistrz drugiego planu! A ta dziewczyna przez pół nocy popitalała po opactwie z kartonem na głowie. Ja czasami już nawet nie mogę znaleźć komentarza. Gdyby ktoś pisał jakąś pracę na temat groteski i absurdu to chętnie się podzielę moimi doświadczeniami...
Maciuś, po ciężkim tygodniu miał wczoraj wyjątkowo cięty dowcip. W ogóle przeszedł jakąś ewolucję :) Jeżeli czyta to jego Mama to proszę o chwilę cierpliwości - niebawem pojawi się kolejny dowód na transformacje naszego spokojnego, wiecznie pozytywnego Macieja. A te dowcipy - nie spodziewałabym się ;D Ale tłumaczymy to sobie przemęczeniem :)


I kilka zdjęć kompletnie z innej beczki, ale aż żal byłoby tych historii nie wspomnieć.


"Trust me, I'm an engineer"
Czyli gdzie najlepiej umieścić regulację kaloryfera.

Czyli cała prawda o tym, że wszystkie powody do dumy Francuzów wcale nie są tak naprawdę francuskie :)
Książka znaleziona na półce Maćka. Postanowiłam skupić na niej trochę więcej uwagi i mam nawet pewien ciekawy cytat...
"Jakież to francuskie... Jeszcze dziś, jeśli jakiś wielki zakład produkcyjny popada w tarapaty, zarząd posyła tam w charakterze dyrektora, "spadochroniarza" po jednej z francuskich grandes ecoles, czyli faceta, który studiował teorię biznesu oraz matematykę przez dziesięć lat, za to nigdy w życiu nie był w fabryce. Dla Francuzów nie liczy się doświadczenie, liczy się zarządzanie - to znaczy francuski styl kierowania, na który głównie składa się wyniosłe ignorowanie dobrych rad ze strony kogokolwiek, kto choćby posiadał masę doświadczania, nie może się pochwalić w swoim cv naukami podbieranymi w grandes ecoles."

A tutaj się zwaliliśmy Ryżemu na głowę, bo nie może tak być przecież, że on śpi , a my sami balujemy.
Ok, parę słów wyjaśnienia. Po lewej siedzi Daniel, który podobno jest rudy. Nie do końca jest, ale tak się już przyjęło. W związku z czym zaczęliśmy wołać na niego "Ryży".
Przy okazji tej wizyty poznałam nowy zwrot, bez którego jakoś obyłam się przez 21 lat mojego życia, a który ponoć jest znany i używany... :
Ktoś
(Patryk): "Ryży, ale Ty jesteś brzydki!"
Maciek (w imieniu Ryżego): "A Ty też nie z formy lany".
O, to właśnie był ten zwrot.
Gips przyczepiony w miejsce żyrandola. Dodam, że na klatce schodowej która ma dobre 20 metrów wysokości.
Ta szkoła chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać... Kiedy robiłam zdjęcie, ludzie przechodzący obok zerkali w kierunku gipsu obojętnie, co oznacza chyba, że we Francji na porządku dziennym jest wieszanie zużytego gipsu z nogi w miejscu kompletnie niedostępnym dla człowieka bez skrzydeł.

To był okropny tydzień, dobrze, że chociaż część weekendu zapowiada się przyjemnie.

A teraz obiecane zdjęcia Maćka:

Maciek jako drugi członek naszego dwuosobowego stowarzyszenia ludzi niepijących postawił sobie obok talerza (Monika, sami mu to dostawiliście) zacny polski alkohol przywieziony przez chłopaków.

Uff, ale wrócił do naszych normalnych zwyczajów ;)
 (Po raz kolejny powtarzam, tę butelkę też sami mu przystawiliście)

Darii i Weronice nieco się ulało, dzięki czemu moja potrawa zyskała bardziej elegancki wymiar.
Proszę bardzo: kurczak w winie!
(Po pierwsze już tego nie jadłaś, po drugie zdarza się nawet najlepszym. Inna sprawa, że akurat 10 letnim winem...)


11 listopada

Daria:

Chyba z okazji święta po całym Cluny chodziła orkiestra a za nią pochód. W opactwie też byli:



Dzisiejszy dzień jest leniwie spędzony na nauce do egzaminu z przepływów ciepła i CEE (elektryka i elektrotechnika, no i trochę magnetyzm - ja osobiście nie rozumiem tego przedmiotu i nie rozróżniam tych wszystkich transformatorów, ale podobno to jest nawet ciekawe)

Leniwie to dobre słowo - Darusia swoim znanym zwyczajem ucięła sobie jedną ze swoich 4godzinnych drzemek, więc obstawiam, że obudzi się akurat na kolację, po niej obejrzy serial, a jutro razem będziemy płakać przed egzaminem ;) (Akurat! Odezwała się ta co się uczy dzień i noc, i nigdzie nie wychodzi, bo musi "zawsze wszystko bardziej"... Zaliczam i moja sprawa ile czasu potrzebuję na sen, żeby odespać cały tydzień w trakcie weekendu.)

I tak uczymy się więcej niż Francuzi, więc jakoś skutecznie udaje mi się oddalić wyrzuty sumienia.

Z okazji święta powiesiłyśmy za oknem bardzo profesjonalną flagę namalowaną na kartce. Wygląda cienko, ale patriotyzm ujawniony!

No nic, dość szukania sobie wymówek, wracam do nauki...


czwartek, 8 listopada 2012

8 listopada


Daria:

Youtube, to jest dopiero dowcipny serwis internetowy!
Jestem w trakcie przygotowywania prezentacji problemu na jutrzejsze zajęcia z elektroniki. Oglądam filmik pt. "Wirujące pole magnetyczne; Silnik asynchroniczny prądu przemiennego - zasada działania", a ten żartowniś w sugerowanych filmikach w tym temacie jakie powinnam jeszcze obejrzeć, podsuwa mi nowy singiel Lany Del Rey xD

Monika:

Ja bym się skusiła.

skusiłam się:
https://www.youtube.com/watch?v=nvb8wdBglpw 

poniedziałek, 5 listopada 2012

5 listopada

Daria:

Powrót do normalności był szybki i brutalny.
Pierwsze zajęcia przełożone z 8.30 na 7.45, a od 10.45 egzamin z informatyki. Co więcej poznaliśmy wreszcie wyniki egzaminu z prawa pracy, z którego zniewalająca średnia wynosi aż całe 7 punktów (na 20)... Jutro kolejny egzamin ze świetnego bloku przedmiotów człowiek społeczeństwo przedsiębiorstwo - ekonomia. 

Żyjemy od wakacji do wakacji, więc pora zacząć planować powrót na Święta. 
To już zaledwie 47 dni do naszego przyjazdu :)

Także ten, piosenka motywująco-poprawiająca nastrój i au boulot!


Monika:

Może lepiej by było póki co, gdyby zostało tak, że to Daria głównie pisze. Powrót tu jest straszny. I nie, nie znajdę nic pozytywnego. Jakiś kosmiczny egzamin z informatyki na powitanie. Może gdybym miała jakieś podstawy nawet mogłabym polubić informatykę, a konkretnie to całe programowanie. Nie mam ich. I trochę żałuję, że nikt nigdy mi tego porządnie nie wytłumaczył.

Czemu dziś piszę? Bo jutro ten egzamin, o którym pisała Daria... i muszę znaleźć sobie jakiś inne zajęcia zamiast nauki. Tak, niestety po powrocie tu trochę ewoluowałam i wolę zająć się sobą niż jutrzejszą oceną z ekonomii. Mam nadzieję, że to chwilowe. Tak, jak humor, który towarzyszy temu wspaniałemu pobytowi we wspaniałym Cluny.

Całe szczęście, że grzeje kaloryfer, bo nie w każdym pokoju mają tyle szczęścia.

Poszalałam na prawie pracy. Średnia to 7,5, a nie 7. Dostałam 9,75, więc chyba powinnam się cieszyć.


Tego wieczoru przed depresją i zaniedbaniem wszystkiego ratuje mnie Smooth Jazz Cafe 11. Chciałabym powtórzyć za Darią: "do roboty!", ale nie wiem co z tego wyjdzie.

O, wiem. To może jeszcze krótka relacja z podróży z Polski do Francji. Rozwalona wycieraczka w deszczu na autostradzie, szukanie ratunku po niemieckich wioskach, walka z językiem, które nikt z nas nie znał (umiem powiedzieć po niemiecku: czy ma Pan może klucz nasadowy numer 13?), dobry Polak napotkany po drodze, powrót na autostradę. Wypadek na środku autostrady (nie, nie nasz, spokojnie), 5 młodych ludzi, deszcz i prędkość = 5 zabitych osób. Zamknięta autostrada (w obie strony, bo tak rozwalili siebie i auto), 3 godziny w korku, jakieś poboczne drogi, dojechanie do hostelu na 3 w nocy (gdzie normalnie dojeżdżamy na 22). Na drugi dzień znacznie lepiej, choć do czasu, bo podróż przecież skończyła się w opactwie...

Od nowa się muszę do nich przyzwyczajać. Do ich francuskich, nielogicznych mózgów.

niedziela, 4 listopada 2012

3 listopada


19 i pół godziny, 11 przesiadek i tak oto z Barcelony jestem z powrotem w Cluny.
Ale może po kolei, bo mam sporo zaległości w opowiadaniu.

środa 31 października (Halloween!)

Na śniadaniu w hostelu poznałam Polaka, Wojtka z Krakowa, z którym uparcie rozmawialiśmy po angielsku zanim się połapaliśmy, że po polsku będzie nam łatwiej. Chcieliśmy kupić całodniowe bilety komunikacji miejskiej i w tymże celu nawet wybraliśmy się na stację metra. Tam okazało się, że był strajk metra, autobusów, tramwajów i nawet taksówek. Postanowiłam więc połazić trochę.



Mercat de St Antoni


Sant Pau del Camp


życzę dzieciom miłej zabawy na takim placu

Park Tres Xemeneis

Park Tres Xemeneis


Museu Maritim de Barcelona

Palau Güel





W południe trochę już zmęczona i głodna wróciłam do hotelu coś na szybko zjeść i odpocząć. W jadalni do mojego stolika dosiadła się trójka Węgrów, dwoje z nich od 9 lat mieszka w Australii. Całkowicie szaleni ludzie. Wynajęli swój dom w Australii 4 miesiące temu i od tego czasu podróżowali po Argentynie, Chile, Boliwii i Ekwadorze oraz przeszli trasę Camino (100km!!!) w Hiszpanii. Zapytałam czy nie chcą się ze mną wybrać na free walking tour (oczywiście, że chcieli) i tak zaczęła się nasza znajomość. 

plac w stylu neoklasycznym, na którym znajdują się dwie latarnie zaprojektowane przez Gaudiego

W Barcelonie były dwie główne drogi.  Tu widać resztki tej drugiej, podrzędnej . Przy drodze chowano zmarłych, żeby każdy przechodzący czytając nagrobek wspominał zmarłego.



Casa de la Ciutat. MIejsce pod intensywną obserwacją policji. Z racji tego, że mieści się tam siedziba rządu , to tutaj dzieją się wszelkiego rodzaju manifestacje.

Pl. del Rei. Pałac władcy katalońskiego Wilfreda I Włochatego, który uważany jest za założyciela nacji. 





Na tym placu dowiedzieliśmy się dlaczego tak właśnie wygląda flaga Katalonii. Otóż, podczas bitwy Wilfred I Włochaty został ciężko ranny w brzuch, żeby zatamować użył 4 palców prawej dłoni, które następnie wytarł w złoty materiał, swoją banderę. 
Tu możemy podziwiać wspaniały dar Picassa dla miasta... Te dwa większe ludki są symbolami/patronami miasta.
tu się nasza przewodniczka prdukuje

A to dwie bardzo charakterystyczne rzeczy dla Barcelony.
Z lewej: figurka srającego pastucha, mająca przypominać o tym, że w chwili ogłoszenia narodzin Jezusa na pewno był ktoś kto w tym momencie się wypróżniał oraz przypomina o tym, że wszyscy są równi. Obowiązkowo obecna w każdym domu, jest częstym bożonarodzeniowym prezentem. W zależności od mody można dostać srającego Obamę, Madonnę, Shakirę...
Z prawej strony: W Barcelonie nie mają choinki na święta. Oni mają kawałek drewna, który dzieci na tydzień przed świętami dokarmiają i to on przynosi im prezenty..

Kościół, na którym postanowiono zostawić zniszczenia wyrządzone podczas faszystowskiego zrzutu bomby na Barcelonę. Zginęło 50 dzieci będących w szkole podstawowej tuż obok.
Dziewiętnastowieczny projekt latarni na ulicy Ferran.
Plac Goerga Orewlla. Tutaj mieszkał będąc w Barcelonie. Był to pierwszy plac w Barcelonie, na którym zainstalowano monitoring. W centrum stoi rzeźba przedstawiająca kobietę... interpretowana inaczej jako oko rządu nadzorującego, to co na placu się dzieje. A dzieje się pewnie niemało wieczorami biorąc pod uwagę fakt,  że jest to miejsce handlu narkotykami. Plac był inspiracją do napisania "1984".


Po prawej pozostałości po bramie wejściowej do Barcelony., po lewej pozostałości po akwedukcie.

Tutaj artysta chciał upamiętnić akwedukt, który niegdyś tędy prowadził. Gdy Barcelona została założona przez Rzymian nazywano ją Barcino.
Catedral


Wnętrze kościoła Sta Maria del Mar. Jedyny egzemplarz architektury w stylu czystego gotyku katalońskiego. Kościół wybudowano w zaledwie 55 lat!

Pl fossar de les moreres. Plac wybudowany cmentarzu gdzie gromadzone były zwłoki obroniców miasta za czasów wojny o sukcesję hiszpańską (1714).
z Krisem
pizza paco
Od lewej: Réka, Archi (FIlipiny), ja, Krisztian,  Balázs

Trafiliśmy na paradę Halloween











czwartek 1 listopada

Od rana pojechałam z Wojtkiem z Krakowa na cmentarz. Ten na którym rozgrywa się częściowo akcja książki Zafóna "Cień Wiatru". Oni nie mają tu zwyczaju zapalania zniczy, kładą tylko kwiaty. Pamiętam jak w Polsce Erasmusi z Hiszpanii kupili sobie na wyprzedaży po pierwszym listopada znicze i używali ich jak normalnych świeczek dopóki ich ktoś nie oświecił :D
Plaça d'Espanya

tutaj już cmentarz


Olbrzymi cmentarz więc jeżdżą po nim taksówki..

... a nawet autobusy!

Widok na stadion olimpijski z 1992 roku.



Cmentarz a tuż za bramami przemysłowa część Barcelony.







Potem dzielnica Sarria i muzeum nauki i techniki (<3). 


tarantula

karaluchy

wielka, obrzydliwa ryba w lesie tropikalnym


znowu wielka ryba, chyba nawet większa ode mnie 




I zachód słońca z Tibidabo:





piątek 2 listopada 

Park Guel, Sagrada Familia i shopping. 
















niekończąca się kolejka do Sagrady Familii, a właściwie pół kolejki





"Cap de Barcelona"

27 Avinyó. Zapewne kojarzycie obraz Picassa "Panny z Awinionu". Otóż pod tym tajemniczym numerem 27 na ulicy Avinyó niegdyś mieścił się burdel, który Picasso często odwiedzał i to tam znalazł inspirację do namalowania tego obrazu, a nie jak mogłoby się złudnie wydawać, że w mieście Avignon we Francji.

Picasso "Panny z Awinionu"

"Panny z Awinionu" wersja artysty ulicznego

Dzielnica El Gotic

Palau de la Música Catalana





FC BARCELONA jest wszędzie, są butiki ludzie chodzą w koszulkach, opaskach, plecakach itp w ich kolorach, istne szaleństwo. Są też ludzie, którzy przyjeżdżają do Barcelony tylko po to by zobaczyć stadion

To był fantastyczny weekend. Wypoczęłam, może nie fizycznie, bo codziennie chodziłam po minimum 6 godzin.. Ale nie żałuję, że pojechałam sama. Poznałam wielu ciekawych ludzi. Umiem teraz powiedzieć po węgiersku "szafka kuchenna". Dowiedziałam się, że mieszkam w opactwie Goeorga Clooneya. Usłyszałam wiele ciekawych historii z trasy Camino. Spróbowałam tapas i węgierskiego parikasa. Rozmawiałam po włosku z Chilijką. Poznałam krok podstawowy salsy. Udało mi się ujść z życiem, nie przejechał mnie żaden motocyklista (!). Nie okradli mnie(!). Okazało się, że jednak nawet po katalońsku jestem w stanie zrozumieć kiedy nie mam innego wyjścia, bo ludzie mówią do mnie tylko w tym języku utrzymując, że jeśli będą to robić wolno i wyraźnie, to przecież oczywiste, że da się zrozumieć. Wiem jak moje imię pisze się po arabsku. Wiem teraz kim jest Celia Cruz, Mercedes Sosa i Mondo cane.
Wiem, że to nie był mój ostatni raz w Barcelonie!