wtorek, 16 października 2012

niedziela, 14 października 2012

12-13-14 października


12 października, piątek:

Daria: (i Monika)

Zanim to, co napisała Daria pozwolę się wtrącić z dwoma zdjęciami ze środy, kiedy to postanowiłyśmy wybrać się z paroma osobami na miejsce naszej weekendowej pracy, o którym przeczytacie za chwilę. W mieście zostały ustawione specjalne znaki, które bardzo widocznie wyznaczały granice naszej weekendowej pracy i miejsce składowania naszych materiałów, z których to później korzystaliśmy. Oto przykład:

Parkowanie zabronione. Wyzwanie Gadzartów od piątku 12/10 do niedzieli 14/10.
No dobrze, teraz możemy wziąć pod lupę piątek:

Dzień drzwi otwartych w naszej szkole. Wszyscy pierwszoroczni byli podzieleni na różnych stanowiskach przyjmujących grupki ciekawskich gimnazjalistów. Jako, że obie z Moniką zostałyśmy przydzielone do specjalności drewno (tak, dobrze przeczytaliście... moją i Darii specjalnością w tym roku jest DREWNO), tego dnia obie (tylko w różnych godzinach) stałyśmy na stanowisku rozwijarki do drewna. Pewnie nie wiecie o czym w ogóle mówię. Zatem zrobimy Wam krótki odcinek "How it's made" :) (dla ułatwienia dodam na początek, że jest to taka wielka temperówka)

Jak myślicie w jakich sektorach życia codziennego wykorzystujemy drewno ? No np na rynku, do czego go używamy ? Albo gdzie je znajdziemy w hipermarkecie ?

Na rynku: opakowanie na warzywa. W hipermarkecie: pudełko na camemberta.
Tak wygląda kawał drewna przed obróbką.
Drewno w trakcie obróbki.
Maszyna, która tnie drewno na takie cienkie plasterki działa tak jak temperówka (o, jednak to zostało napisane). Tylko taka bardzo duża temperówka. W przypadku tej rozwijarki to temperówka jest przymocowana na stałe, a obraca się drewno. Oto jak taka maszyna działa. 



Efektem jest plasterek drewna o grubości 1, 3 lub 5 mm. Drewno jest mokre, bo wcześniej moczone jest w wodzie o temperaturze 60 stopni Celsjusza. Dlaczego ? To proste, sprawa wygląda jak z masłem prosto z lodówki trudno je pokroić, ale gdy trochę poleży nóż łatwiej w nie wchodzi. Gdy drewno jest suche trudno je ciąć i często pęka. 

Z tych plastrów klejonych wielowarstwowo tworzy się np pudełko na ser camembert. Zwróćcie uwagę na to jak chytrze jest to robione. Z wierzchniej strony  drewno jest czyste i białe, takie żeby zachęcić klienta do kupna i żeby nie było problemu z nadrukiem. Ale z drugiej strony to już sobie pozwalają na drobne defekty jak np. sęki. (po prostu sklejają dwie warstwy: jedna jest z lepszego jakościowo drewna i z dokładniejszej skrawarki, a druga trochę gorsza).



Powiem, że spodziewałam się tłumów, a za dużo ludzi nie przyszło. Ogólnie dobrze przygotowana, źle rozreklamowana klapa.
Od siebie dodam, że przerażona rozmową z francuskimi gimnazjalistami postanowiłam ukryć się za maszyną, w związku z czym kolega i koleżanka mówili i odpowiadali na pytania, a ja wyrobiłam do perfekcji umiejętność obsługiwania skrawarki!

Tego samego dnia o godzinie 18.30 punkt (pile - poile) rozpoczęliśmy nasze Grand Défi. Przed któym poszłyśmy do rodziny, u której mieszkałam, żeby pożyczyć narzędzia potrzebne nam do wykonania naszego Wielkiego Wyzwania.

Dostałyśmy widły, łopatę, motykę, grabie, pędzle, młotki i takie tam...




13 października, sobota:

Grand Défi czyli wielkie wyzwanie. 24 godziny ciężkiej fizycznej pracy non stop. Bez czasu na sen. Chyba, że ktoś jest skrajnie wyczerpany. Po prostu co roku pierwszoroczni studenci robią coś dobrego dla miasta i merostwo (mer to taki francuski burmistrz) wymyśla to "wyzwanie". To taki rodzaj rekompensaty za to, że w 4700 miasteczu, żyje 500 studentów i robi niezły hałas... 
Ja uważam, że to żadna rekompensata. Raz pierwszoroczni dostali do zrobienia amfiteatr, raz jakąś drogę… Nas natomiast chyba naprawdę bardzo nie lubią, bo dostaliśmy 5 razy tyle, co zeszłe lata.. Na moje oko jest to wielkie wykorzystywanie 190 studentów, którzy w 24 godziny wykonują dla miasta za darmo pracę, która kosztowałaby normalnie grube pieniądze…  

na chwilę przed rozpoczęciem...

piątek 18.00 - jeszcze było nam do śmiechu...
Oto lista życzeń (którą udało nam się spełnić!):

1.     Odnawialiśmy schody takie z ziemi, prowadzące pod górę, taką serpentyną na szczyt wzgórza (wejście po nich zajmowało ok 5 minut - tak, żeby sobie wyobrazić długość)- tzn trzeba było wykopać 10 cm ziemi (każdy "schodek" wielkości metr/2 metry), a potem wywozić ją po tych rozoranych schodach taczkami na górę ( dosyć sporą górę), później wysypać to żwirem, później ubić taką specjalną ubijarką, a później zrobić poręcze drewniane, z wcześniej przygotowanych przez nas belek. Wszystko oczywiście dokładnie wymierzone i stabilnie zamocowane – poręcze i ograniczniki do schodów wmurowane cementem (który też robiliśmy i zwoziliśmy w dół po tych schodach).

Tu widać kawałek mojej nogi i pół schodka w trakcie nanoszenia tego nieszczęsnego żwiru. Z wcześniejszych etapów nie mam zdjęć, bo było za ciemno.

To Daria śpiąca na Magdzie. Końcówka schodów, ok 11.00 w sobotę. W końcu słońce.
Nie spałam! Oczekiwałam na nową porcję żwiru!

Jeden z wielu odcinków schodów pod koniec prac (bo jest już część barierki).

Schody z góry już bardzo pod koniec pracy.
2.      Odnawialiśmy schody przy domu spokojnej starości, zniwelowaliśmy wszystkie krawężniki tam i zmieniliśmy to tak by wybetonować pod kątem 4% ( żeby można było podejść z takim stołkiem dla starszych ludzi). Dookoła tego domu zrobiliśmy też ścieżkę, później stół, żeby dziadki miały gdzie siadać (ale to już na takiej platformie przy tych dużych schodach z punktu 1, po uprzednim wykopaniu 10 cm ziemi z tej platformy), odnowiliśmy, umalowaliśmy i polakierowaliśmy altanę na terenie tego domu starców.
3.      Wyczyściliśmy wszystkie pobliskie mury (takie kamienne na 3 metry, i przy tych schodach i takie mniejsze przy tym domu – nigdy wcześniej nie widziałam szczotek z metalu…)
4.     Przycięliśmy ciąg żywopłotu wokół szkoły podstawowej
5.     Odnowiliśmy ścieżkę jakąś tam długości 300m, zrobiliśmy krawężniki i nałożyliśmy na nią asfalt.
6.     Przekopaliśmy pole po pokrzywach, zrobiliśmy dwa tereny do gry w bule (tak, oni to lubią…), wyrównaliśmy jakieś ogromne połacie ziemi, żeby nie było na nich przypadkiem żadnych muld i wszystko było jednolite…

ewentualnie miejsce do przespania się - temperatura jak na zewnątrz, połamane łóżka

"obiad"

Było tam takie jedno miejsce, gdzie stał taki pojemnik, z którego dmuchało ciepło. Dla najbardziej zmarzniętych pracowników. Ten znak, który widzicie to znak szkoły: AM (Arts et Métiers).

Carlos gotuje nam mleko na kawę :)



Na sukces pracowało 191 osób. Prace ukończyliśmy na 1h30min przed czasem! Absolutnie nikt z merostwa (ani żaden drugoroczny) nie zakładał, że nam się uda. Drugoroczni, którzy od czasu do czasu przechadzali się, żeby ocenić jak posuwają się prace mówili sobie po cichu do ucha, że to co zrobiliśmy jest zajebiste (N piston!).  W porównaniu do drugorocznych, którzy zwalili swoje GD i musieli poprawiać w niedziele, to pocisnęliśmy! Wszyscy mamy teraz zakwasy wszędzie. Spałam 14 godzin i to wciąż mało. Chodzimy jak kaleki. Ale udało się!

KONIEC!!!!! - na zdjęciu kolejna z części naszej pracy - teren do wypielenia, wyrównania i wysypania żwirem.

Jeżeli ktoś mi teraz powie, ze nie wiem czym jest praca fizyczna, to postaram się dobrze zapamiętać zakwasy, które teraz czuję, obtarcia, ból głowy i zmęczenie, żeby temu komuś powiedzieć, że owszem, wiem, bo przez 24 godziny biegałam z motyką, kilofem, taczką z betonem i gruzem, łopatą, widłami i wieloma innymi narzędziami, o których istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia…
Niby odespałam, ale chyba jeszcze długo będę to czuć. Udało nam się, chociaż absolutnie nikt w to nie wierzył. Mer, dyrektor szkoły, drugoroczni… Którzy zresztą cały czas chodzili i patrzyli nam na ręce. Koszmar. Może jeszcze za mało czasu minęło od skończenia tego, ale nie mam żadnych dobrych refleksji chyba… No może poza jedną: dobrze, że nie padało…



Wiecie: gdzieniegdzie są wyjazdy integracyjne, tutaj coś takiego… :)

Myślę, że warto też dodać, że po tym wszystkim, kiedy wróciliśmy o 18 drugi rok chciał nam "pogratulować" naszej pracy. Powiedzieli nam, że przygotowali specjalnie dla nas posiłek. I teraz uwaga: dostaliśmy odgrzewaną w mikrofali lasagne w styropianowych opakowaniach. Jedną na 6 osób. Po tym wspaniałym posiłku większość grupy, nie grupy, a roku udała się do... Quebec Burger (gdzie to z reguły stołują się studenci), żeby zapełnić dziury spożywcze... Z braku miejsca połowa poszła na pizze.

Tego dnia wypiliśmy po jednym piwie, pośpiewaliśmy i au dodo (do łóżeczka!) na 14 godzin.


Ps. Zaliczyłyśmy matmę. Monika na 19,5, ja na 17 (cały czas na 20). Jesteśmy w 30 najlepszych wynikach. Znów jakieś 50 osób nie zaliczyło. 

piątek, 12 października 2012

12 października


Daria:

Mam mieszane uczucia co do matematyki, którą pisaliśmy w środę.. Czekamy na wyniki.

Zajęcia z francuskiego, które są trochę bezcelowe (skoro na zajęciach mamy poziom B1 i mamy mieć na koniec egzamin międzynarodowy, a większość już dawno zdała B1 i wyżej lub mam maturę międzynarodową  która jest równoznaczna z C1..). Dlatego są to dla nas zajęcia bardziej rozluźniające. Wczoraj udało nam się zmieszać naszą panią nauczycielkę. Akos, który opowiedział historię, o której opowiedzenie został przez nią poproszony. Historyjkę na postawie obrazków. Inna sprawa, że historia ta była dosyć wymyślna.Potem jeszcze Carlos zapytał ją jak po francusku powiedzieć foreplay i spaliła buraka.

Zadziała się straszna rzecz i naszym współlokatorem jest Mikołajek. Tak rodzice od samego początku go skrzywdzili dając mu na imię tak jak najsłynniejszej postaci z książek dla dzieci... Kolega ponoć często rzyga. Mam nadzieję, że to tylko plotki.

Dziś są drzwi otwarte na naszej uczelni. Przydzielona zostałam do punktu, nie wiem jaki jest fachowy termin po polsku, rozwijania drewna. Tzn, że będziemy w 3 ekipie tłumaczyć gimnazjalistom co można zrobić mając taką maszynę. A można wiele, przez pudełka, płaty drewna aż po patyczki do lodów. 

W ten weekend czeka nas ciężka praca. Wcale nie mam na myśli nauki. Cały nasz rok będzie pracował fizycznie przez 24h, bez przerwy. Szkoda, że pada. Mamy bardzo dużo do zrobienia. Jak się uda wszystko skończyć na czas i będzie o nas głośno w tutejszej prasie, to wytłumaczymy ze zdjęciami co tak naprawdę musieliśmy zrobić. 

A teraz trochę zdjęć mojego taty z pobytu rodziców w Cluny :)



Domino, stąd były czekoladki, które Ci tak smakowały

Mama analizuje plan opactwa. Na srebrno, to co się zachowało.

Izunia, pytałaś mnie jak wygląda jesień we Francji. Chyba tak. Pewna nie jestem, bo od miesiąca nie udało mi się opuścić tego miasteczka jeszcze. 




wtorek, 9 października 2012

9 października


Daria:

Francuzi grając w "raz, dwa, trzy, baba Jaga patrzy!" zamiast krzyczeć: - baba Jaga patrzy!, krzyczą:
- SŁOŃCE!

W tygodniowe wakacje, które tu mamy na wszystkich świętych jadę do Paryża, a potem lecę do Barcelony. Klamka zapadła, bilety kupione :)

Ach! Zapomniałabym dodać. Miałyśmy wczoraj pierwszy egzamin z przepływów. Pocisnęłyśmy z Monika mamy po 19/20! Dodam, że 25% roku nie zaliczyło. Wszyscy Polacy zdali, z najniższym wynikiem 15!
Dziś stawiamy czoła prawu pracy... tu już może być gorzej.


niedziela, 7 października 2012

8 października

A właściwie to 5,6 i 7.

Daria:

W piątek faktycznie była mini impreza w Grand Gal'sie. Kolega z Rumuni z kolegą z Polski grali na gitarach, kolega z Maroka śpiewał (i to jak śpiewał!). Akos opowiadał mnie i Magdzie historie ze swojego życia. Wera się świetnie dogadywała z posiadaczem ogromnej szopy na głowie.
Tak to prawda, wozili mnie w wózku z tesco po przeogromnym korytarzu w opactwie. I muszę przyznać, że było 

SUUUUUUPER!!!

Jakieś foty chyba są. Autorem większości jest chyba Magda...
Krzysiek, Przemek i kolega Cayrol

balujemy z Akosem

z Danielem, Werą, Akosem i Dominic'iem

Dominic w wózku



I'm sexy and I know it 

Kinga

ta...


Sobota. Hamburgery.. znowu. Ja tam chyba jadam częściej niż Monika.. Nie zawsze dlatego, że to ja tego chce.. A wieczorem miło było zobaczyć opalonych rodziców :)

Niedziela. Mamie i tacie chyba się tu podobało. Co prawda trochę kiepski ze mnie przewodnik, bo już nie za wiele pamiętam z tego co mi przewodnicy mówili jak nas po opactwie oprowadzali... Chcieliśmy coś zjeść w restauracji, ale nie wstrzeliliśmy się dobrze z godzinami i wszystko było zamknięte (standard między godziną 14 a 19).
Zdjęcie z rodzinnego spotkania będzie jak mi je tata prześle.




7 października

Monika:

Coraz rzadziej, bo przeszłyśmy już chyba do tej stabilnej fazy, kiedy to większość dziejących się tu rzeczy stała się dla nas codziennością i nie dziwi nas już tak, żeby codziennie o tym pisać. Może to lepiej.

Poprzedni tydzień: constans. Nauka, jedzenie, nauka, spanie, nauka... Raczej nic specjalnego.
W przyszłym tygodniu czekają nas 3 egzaminy: poniedziałek - przepływy ciepła, wtorek - prawo pracy i środa - matma, prawdopodobieństwo. Także nawet weekend nie mógł być szalony, bo trzeba go było poświęcić na naukę, ale jak to w weekendy - było miło. Cicho, bo Francuzi powyjeżdżali do domów, ciepło, bo na dwór nie wychodziłyśmy o 7.30, a o 10 i internet działa bez szwanku, bo nie korzysta z niego 190 osób, a 30. Motywacja średnia, wypaliły nam się żarówki, potłukła się szklanka i spaliły tosty. Ale to tylko chwilowe :)
Weekend w paru słowach:

Piątek:

Maciek przepisuje karnet (coś tam wcześniej wspominałyśmy...), ale ponieważ nie może sobie znaleźć miejsca, robi to na stojąco, w kącie naszego pokoju. Na weekend z reguły zostajemy same, bo Rachel i nasz drugi współlokator (bezimienny, bo zmienny) wracają do domów. W tym tygodniu mieszka u nas Francois (nie pytajcie, nie mamy na to wpływu - wymysł starszych studentów na integrację...).

Akos - przyszedł do nas z Maćkiem szukać pomysłu na piątkowy wieczór. Nie znaleźliśmy go prawdę mówiąc.
 Piątkowy wieczór spędziłam na oglądaniu filmu: "Skóra, w której żyję". Psychoza, ale to w końcu Almodovar. Podobał mi się, także polecam. Oglądałam go z Maćkiem, bo on też nie miał ochoty na jeżdżenie wózkiem sklepowym po korytarzach opactwa (co mogło być całkiem zabawne, o czym pewnie opowie Daria, która się w to bawiła i ma nawet jakieś zdjęcia, więc później je tu wrzuci).
Była taka scena, w której Banderas golił takiego faceta, a później zamiast kremu po goleniu wysmarował go chloroformem.
Zapytałam Maćka:
Monika: Używałeś kiedyś chloroformu po goleniu?
Maciek: Oczywiście, prawdziwi mężczyźni używają tylko tego.

Sobota:

Spałyśmy do 10, sprzątałyśmy i prałyśmy do 13, uczyłyśmy się do 16, potem był support z tego przedmiotu, z którego jutro mamy egzamin (tak, przyszedł specjalnie dla nas w sobotę...). Wieczorem przyjechali rodzice Darii i przywieźli tyyyyyyyyle rzeczy.

A to nasz sobotni obiad w Quebec Burger. Ok, niezdrowo, ale nieczęsto.

7 października, a u nas tak ciepło. jak się tak wyjdzie spędzić trochę czasu samemu i pomyśleć na dziedzińcu to jest nawet całkiem przyjemnie.


 W mojej walizce, która przyjechała z rodzicami Darii były zdjęcia. Postanowiłam sprawić, żeby było tu trochę bardziej przytulnie i domowo... Może nie wygląda dokładnie tak, jak planowałam, ale powiedzmy, że widać co to :)



 Chciałabym bardzo, bardzo podziękować za te wszystkie kartki/listy, prezenty, za to dobro, które buchnęło na mnie z tej walizki :) To bardzo miłe i pokrzepiające!

Niedziela:

Daria oprowadzała rodziców po Cluny, potem się uczyłyśmy i tak dotrwałyśmy do wieczora...

Życzymy dobrej nocy czytelnikom i nam... z nadzieją na niezbyt przerąbany przyszły tydzień.


wtorek, 2 października 2012

29-30 września cz.2


Daria: 

Krótko o moim szalonym weekendzie. W piątek przekonana byłam, że wyjeżdżam do Chalon. W sobotę z samego rana okazało się, że jednak zapomnieli mi powiedzieć, że jednak zostaję w Cluny. Więc poszłam z zagubionym kolegą (tak, znalazł się jeszcze jeden taki o którym zapomnieli). Na obiad moi Archi zabrali mnie i Alexandra na hamburgary do pobliskiego quebec burger'a... 
Potem w 3 rodziny Archi + pierwszoroczni pojechaliśmy do Gadz'arta artysty wariata. Człowiek zajmuje się obróbką drewna, a specjalizuje się w bączkach (takich jak w incepcji mieli po fr. toupis). Sam wymyślił 150 nowych rodzajów. 
Oto dzieło, które zrobił na naszych oczach. Muszę przyznać, że robiło wrażenie i nawet zadowolona jestem już, że mnie przydzielili do specjalizacji drewno.
Oto kielich. Patrzcie na ten pierścień zrobiony na nóżce! 


inne dzieła tego dziwnego człowieka
cz.2
Następnie odwiedziliśmy dziadka, którego hobby jest robienie makiet. Zrobił makietę Cluny I, Cluny II i Cluny III i Toulouse i Krzywej Wieży w Pizie i wielu wielu innych w tym swojego domu (wybudowanego w w czasach rewolucji francuskiej!!). 

Patryk z Krzyśkiem na tle domu wybudowanego za czasów rewolucji francuskiej.
krasnal na dyni
Cluny I
Cluny II

Cluny III

Cluny III. Na zdjęciu widać Ztap's (mniejsza wieża po prawej) i Zpointe (większa po prawej).

Cluny III. Dodam, że w rzeczywistości ten kościół był 60 razy większy.
Tam na zdjęciu koło drzewa dla porównania są figurki mnichów

Cluny III. W środku.

A byliśmy też na degustacji wina. Tegoroczne siki Weroniki.

Potem fantastyczna kolacja z Archi (promocja Cluny 144 - co oznacza, że najstarszy miał prawie 90 lat). Standardowo jedzonko zajęło prawie 4h w restauracji. 

W niedzielę dali nam pospać. Z Alexandrem dopiero koło południa zwlekliśmy się na śniadanie. Z dziadkami zwiedzaliśmy przez godzinę opactwo w Tournus. Potem znowu jedzenie. A następnie zwiedzanie innego kościoła, już nawet nie pamiętam, gdzie. W każdym razie grał w nim facet na harfie, chciałam go nagrać, ale coś się nie zapisało. 
Kamienny kościół gdzieś w Burgundii :P

Bref, weekend jedzenia, zwiedzania i poznawania meeeeega dziwacznych ludzi. 
Niestety internet nie pozwala mi dziś na dodanie zdjęć. Spróbuję jutro.