czwartek, 6 września 2012

6 września

Dobry wieczór :)







Monika:

Tym razem na początku rzeczy bardziej zabawne, a później małe podsumowanie dnia :)

- Po naszym opactwie latają nietoperze; za pierwszym razem jeszcze nas to ruszyło, ale teraz nietoperz na korytarzu nie robi już takiego wrażenia. mam nadzieję, że to plotki z tymi włosami...

- Meksykanie przywieźli ze sobą mnóstwo paczek suchego mięsa. Wygląda średnio, ale smakowało naprawdę nieźle.

- Co do Meksykanów: jeden z nich: Carlos (wspomniany wcześniej Pan Pszczoła, który wszystko przesypia i absolutnie nie ogarnia co się tu dzieje) poza tym, że pokazał nam swoje sztuczne zęby (poprzednie wybił jak był pijany...), za które zapłacił 12tys dolarów, to pokazał nam też paczkę lasek wanilii, którą ze sobą przywiózł, bo... jego Tata je sprzedaje. Postanowił tu nimi handlować - podobno całkiem dochodowe.

A to też on: przywiózł sobie z domu czapkę na zimę, żeby nie zamarznąć w opactwie:


- Nasi polscy koledzy w ramach odstresowania puścili sobie ostatnio film: "Pirania 2D". Nie trzeba tu nic więcej pisać - po prostu jeśli kiedyś się na niego natkniecie, zrezygnujcie od razu.

-Mamy tu takiego przyjemnego afroamerykańskiego kolegę - Nouradina, mieszka z Polakami. Spał ostatnio 20 godzin i nic nie było w stanie go obudzić. Kiedy wstał nie wiedział jak ma na imię i zapytał chłopaków czemu piją piwo tak z samego rana. Ku jego zdziwieniu okazało się, że jest już 20. Nie wiem czy ta historia tak opisana wydaje się ciekawa, ale my mieliśmy ubaw.

Ok, nastąpił czas na podsumowanie:
Kolejny francuski dzień chyli się ku końcowi. To znaczy tak myślę, bo nie wiem jeszcze co mnie czeka po powrocie do pokoju ;) Aktualnie panuje szał internetowy, bo dziś nadszedł dzień, w którym to w akademiku miał pojawić się internet. W związku z tym nasz pokój zamienił się w jakiś gabinet specjalistyczny dla informatyków, wszędzie komputery, kable, switch, a do tego standardowy akademicki bałagan. Mam najlepsze wifi ever: mój 5-metrowy kabel zwisa z antresoli przez cały pokój. A to wszystko po to, aby uniknąć zaglądających przez ramię ludzi na dole. Tzn. póki co jest tam tylko Daria, ale tu nigdy nie wiadomo co wydarzy się za 5 minut...

Dziś mogliśmy doświadczyć pracy w 9-osobowej francuskiej grupie. Przez 6 godzin, może nawet 7 opracowywaliśmy już drugi w tym tygodniu przypadek. Wczoraj trafiłam na korpus od silnika w Peugeot (póki co - magia), dziś w ramach tematów bardziej społecznych na zależność sztuki od firm (mecenat, partnerstwo itd.). Owszem, było męcząco, ale w perspektywie całej tej współpracy mogę powiedzieć, że było fajnie. Fakt, mamy zupełnie inne systemy działania, inne sposoby podziału pracy, inne skojarzenia, ale da się coś z tego skleić. Nie byłabym sobą, gdybym trochę nie ponarzekała: bardzo wolno wszystko robią. Uważam, że gdyby dostała taki temat nasza polska grupa, opracowalibyśmy to w 3 godziny, a nie 6.  Ale pewnie ma to też swoje wady. Póki co jest mi się ciężko przestawić na słuchanie tak szybkiego, potocznego francuskiego przez tak długi czas i na to, że nie zawsze umiem im przekazać wszystko, co tkwi w mojej głowie, ale to na pewno przyjdzie z czasem :)

Odkryłam jeszcze jedną rzecz, która powoduje tę różnicę między naszym i ich myśleniem: oni są w większości 3 albo 2 lata młodsi. To niby nic, wiem, ale jak dodamy do tego te klasy przygotowawcze, kiedy to spędzili 2 lata tylko i wyłącznie zakuwając - różnica staje się widoczna. Nie waloryzuje tego, bo nie wiem co jest lepsze czy bardziej efektywne - póki co po prostu staram się nauczyć tych różnic.

A na koniec nasza nieudana drzemka, która nie wyszła z powodu hałasu...


środa, 5 września 2012

5 września

Monika:

Z uwagi na liczne wyrzuty, że nic mi się tu nie podoba chciałabym zdementować. Nie jest aż tak źle. Dziś nawet było całkiem nieźle. (bo wreszcie pozwolili jej być liderem podczas pracy w grupie - D.)
Ok, mieliśmy pracę w grupie i ok, pozwolili mi być liderem, ale to nie dlatego było lepiej. 

Francuzi potrafią już powiedzieć: "Kocham wszystkie Polki". Mamy swój mały sukces. 

Ciekawostka: na laboratoriach korzystamy ze sprzętu wartego 450 tysięcy i oglądamy na nim muchy.

Daria:
Spadek ze stromych schodów w paskudnym pokoju - zaliczone. (nie wiedziałam ;D;D;D - M.).

Nasz nowy adres:

20 rue Portes de Paris 
71-250 Cluny
chambre N107

prezenty urodzinowe mile widziane. (tylko nie jedzenie, bo zostanie przechwycone!!!)


wtorek, 4 września 2012

4 września


Monika:

To znowu ja, bo Daria została w opactwie, a do czwartku nie mamy tam internetu...

Porcja zdjęć na dziś, zanim pojawi się tekst.

wspomniany wczoraj grill dla nas, oni inaczej rozumieją "barbecue" niż my



widok z naszego okna wieczorem. co zabawne, w każdym z tych okien są ludzie, bo to przecież akademik


Nasze współlokatorki: Sonia (Słowaczka, od 5 lat we Francji i Rachel - tak, wiemy, piękna)
Ok, co do przemyśleń: Myślałam, że istnieje taki moment, kiedy natrętni faceci opuszczają pokój damski, a Ci pozostali przestają pruć, za przeproszeniem, ryje pod drzwiami i oknami -  myliłam się.

Straszny hałas, ale damy radę.

Co do dziś: od rana puścili nam 2godzinną przemowę różnych dziadków, tak na powitanie. Szkoda, że zamiast tego nie pokazali kogoś kto ma 35 lat, skończył tę szkołę i swoją opowieścią mógłby nas porządnie zmotywować.

No i po raz drugi prezentowaliśmy nasz kraj, tym razem studentom.

Dobrze, wystarczy. Nie wiem jak będzie z jutrem, ale w czwartek raczej się odezwiemy ;)

3 września



Monika:

Od razu trzeba zaznaczyć, że OPÓŹNIENIE w poście wynika z tego, że piszę to w pokoju bez Internetu, w wordzie, po to, żeby przy odrobinie szczęścia wrzucić to potem na bloga. Absolutnie i definitywnie chcę do domu. Jesteśmy w samym środku wulkanu. Nie wiem kiedy to wszystko wybuchnie, ale jest masakra. Ale od początku:
Ok 8.30 zaczęliśmy rejestrację. Francuski porządek i zmysł organizacyjny był dobrze widoczny wśród 20 stanowisk, przez które mieliśmy przejść. Nikt nic nie wiedział, każdy prosił o co innego, odsyłali nas gorzej niż w polskich urzędach. Warto dodać, że bardzo się przy tym wszystkim śmiali, żartowali i wcale nie dziwiło ich to jak wielki burdel stworzyli. 

Wypełniłyśmy milion papierów z danymi, zrobiono nam okropne zdjęcia z zaskoczenia, które po chwili znalazły się w dokumentach – karcie studenckiej i karcie obiadowej. Nabiłyśmy sobie od razu kasę na obiad, ale nie mogłyśmy z niej skorzystać, bo kantyna była przecież zamknięta. Obiadu też nie dało się zjeść na mieście, bo przecież od 12 do 14 jest przerwa, właśnie wtedy, kiedy ludzie chcą zjeść. Koszmar. Ale wróćmy do dokumentów. Nie obyło się bez problemów, bo przecież nikt nie był przygotowany do swojej pracy.

Na końcu czekało na nas pierwsze piętro pełne studentów w dziwnych mundurach, którzy opowiadali o różnych organizacjach i aktywnościach na uczelni. Hałas, bałagan i nic więcej. Trzeba było jeszcze zapłacić jakąś wielką kwotę za pokój, kaucję, ubezpieczenie, sport, Internet… I założyć konto w banku. Ale już po wszystkich. Chociaż nie tak do końca, bo na kartę i książeczkę czekową (tak, tak, tu płaci się czekami) poczekamy jeszcze długo, więc i na nasze dobra doczesne poczekamy długo, bo bez czeków nie zapłacimy za nie ;D Skąd więc mam internet? Przyszłam odwiedzić rodzinę, u której mieszkałam...

W końcu udało nam się to skończyć i zanieść bagaże do pokoju. Nie ma co za dużo o nim pisać, po prostu pokażemy zdjęcia. Jest wspaniały.

Prysznic - noga dla porównania wielkości kabiny, chociaż i tak na zdjęciu prezentuje się lepiej.
Jeden prysznic- 8 dziewczyn.



ok, to nie jest jeszcze takie złe, ale nie można się myć bez ubrania, bo (czego tu nie widać) nie ma obok ścian.
każdy kiedy chce może tam sobie wkroczyć.

nasze biurka (1 na mnie i Darię, drugie dla koleżanek) przed rozpakowaniem.
biuro po rozpakowaniu :)

schody na antresolę, na której znajdują się łóżka, strażak je chyba wymyślił

te same schody z góry - każde wejście i zejście to wyzwanie.

Daria i kaloryfer - i tak nic nie da, bo okna mają ze 200 lat. A żeby ustawić temperaturę trzeba dosięgnąć samej góry tego kaloryfera. Sięga o sufitu.
widok z okna 1

widok z okna 2

antresola przed rozpakowaniem
 

antresola po rozpakowaniu - łóżka Soni i Rachel
antresola po rozpakowaniu - łóżko Darii i moje




A to nasza szafa. M po lewej, D po prawej. W sobotę jedziemy do Ikei, do Lyonu kupić jeszcze jedną.


Przedstawili nam plany na najbliższy tydzień, codziennie pełno głupot. Niby po to, żebyśmy się poznali, polubili i zrozumieli, ale chyba sami nie rozumieją idei jednoczenia ludzi, bo nie da się tego zrobić na siłę… Wiadomo, że poznamy się tak czy inaczej, jest tu dużo różnych, ciekawych osób, ale przez te ich metody traktujemy się niezwykle powierzchownie. Nie wiem czy o takie relacje powinno chodzić w tym ich całym b r a t e r s t w i e.

...

Nie wytrzymam zaraz. Siedzę w moim pokoju, drzwi są wciąż otwarte na oścież, ludzie wchodzą, gadają, wychodzą, wszyscy krzyczą swoje imiona. Nie wiem co jest w tym fajnego, ale życie w akademiku (do tego w muzeum) absolutnie nie jest fajne. Za parę dni zapomnę co to jest prywatność I CISZA. I nie ma co ukrywać – jest tu tak słabo, że aż nie wiem co napisać. Fakt, każdy ma inne zdanie, ale ja osobiście wolałabym być zupełnie gdzie indziej, mimo że wszyscy tu ciągle podkreślają jakie to wartościowe, jaka to prestiżowa szkoła, jakie to szczęście tu być.
Nawet teraz nie ma chwili spokoju, bo co chwilę ktoś podchodzi i gapi mi się w ekran. Nie wyobrażam sobie spania tu, uczenia się, jakiegoś zwykłego odpoczynku… Może zmienię zdanie, póki co – bardzo, bardzo średnio.
Pod koniec dnia zrobili dla nas grilla, starsi studenci. To było miłe – nie powiem, ale czas mija, a wieczór się nie kończy… Wystarczy na dziś, bo poza narzekaniem nic już z siebie nie będę w stanie wykrzesać.

niedziela, 2 września 2012

2 września


Daria:

Wreszcie się wyspałam. W południe w dwie rodziny pojechaliśmy do pobliskiego miasteczka, do restauracji. Byliśmy tam prawie 4h (!), bo tutaj jada się bardzo  w o l n o. Generalnie jedzenie bardzo smaczne.
Z regionalnych specjałów na przed przed przystawkę podano zupę z cukinii (tak teraz jest sezon na cukinię więc jest ona WSZĘDZIE i w każdej postaci), z przystawką niestety nie trafiłam (jakaś dziwna zimna zupa z kraba), nie byłam w stanie się zmusić, żeby zjeść czym podpadłam kelnerowi. Powiedział mi, że szkoda, że nie zjadłam, bo tyle dzieci w Afryce głoduje. Powiedziałam, że w takim razie może im to wysłać. (o, to takie w Twoim stylu ;D - M.)

Kurczę nie wiem co jest nie tak, ale to nie pierwszy raz kiedy kelner mi podpada (albo na odwrót ^^). Gdy pierwszego dnia poszliśmy do Bistro, w którym kelnerem jest notabene holender, zapytał się skąd jestem, a gdy dowiedział się, że z Polski to usłyszałam: 'Bah, ça arrive!' (cóż, przytrafia się!).

Podając mi danie główne powiedział, że będzie teraz na mnie patrzeć, żeby wiedzieć czy mi smakuje. Więc powiedziałam, że nie ma problemu, bo zamówiłam włoskie canelloni zatem na pewno będzie smaczne :) Potem zaserwowano nam całą deskę serów <3 a na deser mus z kasztanów z musem czekoladowym polany konfiturą z czerwonej porzeczki. Co jak co, ale desery i sery są tutaj przepyszne!

Po obfitym obiedzie pojechaliśmy wspiąć się na pobliski punkt widokowy. Krótki spacer mający na celu poprawę trawienia. Mnie się bardzo podobało, bo to taka namiastka gór była.

Wera i La Roche de Solutré

Widok ze szczytu. Gdybyśmy trafili na ładną pogodę w oddali byłoby widać Mont Blanc.
Na tej górze w tle ludzie latali na paralotniach. Bardzo mi się to kojarzy z tym filmem: 

ja i Jérémy

śpiąca Wera

W tej części Burgundii uprawia się głównie białą winorośl. Już wkrótce zaczyna się winobranie.


Rzeczy uprane. Walizki spakowane. Dokumenty uszykowane. Ostatni dzień wakacji powoli się kończy...

Monika:

A Ty! Nie wiedziałam, że byłaś z Werą! A ja cały dzień przespałam, bo mnie ktoś nie zaprosił na wycieczkę! Ładne rzeczy...
Byłam rano w kościele. Niby tak samo, ale jednak inaczej niż u nas. Nie klękają, świeccy roznoszą komunię, pomijają niektóre części, Ksiądz spóźnił się 15 minut... No generalnie było tak po francusku.
Poza tym cały dzień jadłam. Wielkie niedzielne śniadanie, wielki niedzielny obiad i wielką niedzielną kolację. Jeśli da się zjeść na zapas to dobrze, bo od jutra nie będzie już tak kolorowo ;)
Myślę, że się trochę rozchorowałam, więc poza jedzeniem uskuteczniłam dziś też spanie, leżenie i inne przyjemne formy nicnierobienia. Miałam nawet chęć coś ze sobą zrobić, ale na moje zawołanie odpowiedziała głucha cisza. Dziś Cluny wchłonęło Polaków.
Tak oto minął mi dzisiejszy dzień. Nic specjalnego, prawda?
A, zapomniałam dodać - Francuzi wymagają od nas ksero paszportu (całego, wszystkich 42 stron, tych pustych też), więc spędziłam fascynujące 20 minut stojąc przy ksero. Rzecz jasna to bardzo miłe ze strony pseudo-Dziadków, że pozwolili mi skserować tę stertę papierów u nich w domu.
O, jeszcze coś ważnego: pamiętacie wcześniej wspomniany telefon pseudo-Babci? Znalazł się.

No dobrze, znajdę jednak jeszcze coś interesującego. Na terenie opactwa był dziś jakiś targ staroci. Chciałam go obejrzeć i mimo, ze mam klucz do bramy, że od jutra tam mieszkam, a od 10.09 się uczę - kazali mi zapłacić za wstęp. Nie ma mowy, tak mnie nie będą oszukiwać. Odpuściłam targ.

Na pożegnanie (takie wstępne, bo prawdziwe jutro) moja tutejsza rodzina powiedziała mi, że jak tylko będę chciała to mogę do nich przychodzić. Na herbatę, plotki, popłakać albo uciec od studenckiego hałasu w akademiku. Powiedzieli, że mogą mi robić pranie i że mogę u nich jeść w niedziele, a jak będzie trzeba to nawet i spać... Chyba mnie polubili ;)

Ponieważ nie zrobiłam dziś żadnej fotografii, wrzucam pierwsze lepsze zdjęcie z mojego komputera, które wpadnie mi w rękę.

O, proszę :)


1 września

to my. przed prezentacją krajów. w tle: mój Pan Dziadek.
Monika:
Gdyby nie to, że od poniedziałku czeka nas ciężka praca to powiedziałabym, że jestem zmęczona po tym tygodniu. Zmęczył mnie brak organizacji, a to pociąga za sobą szereg innych rzeczy.
Co do dziś: jesteśmy po prezentacjach finalnych po tygodniu integracji. Każdy kraj pokazał coś od siebie. Rumuni wyskoczyli z Romami i Draculą w płaszczu i zamiast obalać stereotypy to jeszcze bardziej je pogłębili, Chińczyków nikt nie zrozumiał, ale pokazali na prezentacji zdjęcie obecnego tu Węgra z chiPhonem w ręku (żeby nam udowodnić, że ich podróbki są równie dobre jak oryginał), Brazylijczycy wzbudzili naszą zazdrość zdjęciami karnawału i plaż, Niemiec pokazał zdjęcie Angeli ze znaną nam z podręczników czerwoną opaską na ramieniu (bardzo sprytnie wybrnął zresztą z niezręcznego tematu), a my całkiem poprawnie przedstawiliśmy nasz kraj wyciągając na wierzch te najciekawsze elementy. Był aplauz i śmiech, czyli pas mal.

Link do krótkiego filmiku o Polsce, który pokazaliśmy dziś publiczności:

po angielsku: http://www.youtube.com/watch?v=jXPeofkW-Pw

po francusku: http://www.youtube.com/watch?v=4Yw9IBy8Q2A

no i 8-minutowa animowana historia Polski (bardzo warta obejrzenia), którą pokazywaliśmy też naszym "rodzinom": http://www.youtube.com/watch?v=2DrXgj1NwN8

Porcja humoru na dziś:
- Daria podłapała od kogoś pewien Francuski idiom (zastrzelę Toto jak spotkam), który miał znaczyć, że bardzo się najadła i już dziękuje, po czym postanowiła wykorzystać go u mnie na obiedzie. Dowiedziała się od mojej pseudo-babci, że to wulgarne i żeby tego nie używała. W luźnym tłumaczeniu mogę napisać, że Daria "najadła się do pożygu". Na szczęście rodzina, u której mieszkam jest bardzo swobodna i bezproblemowa (jak to się jeszcze zaraz okaże), więc po incydencie została tylko kupa śmiechu.

- Wracając do rodziny: mieszkam u ludzi ok. 70, którzy wyglądają na 60, a zachowują się na 30, są super :) co więcej - dziś Dziadek powiedział do Babci taki żart na jej temat na co ona klepiąc go po plecach zaczęła wołać: "Débile!", co w kolejnym już wolnym tłumaczeniu znaczy: "Głupi!", ale dla nas Polaków brzmi śmiesznie, szczególnie w wykonaniu tej dwójki... ;)
Jest jeszcze coś: poprosiłam o syrop cytrynowy do wody do obiadu, bo widziałam wcześniej, że stał w kuchni, więc dostałyśmy go. Dawno nie widziałam, żeby ktoś tak wykrzywiał twarz jak Daria po wypiciu łyka. Okazało się, ze dostałyśmy coś w stylu kwasu cytrynowego.

- To jest hit: Włamałyśmy się dziś (ja, Daria i Pani Babcia) do prywatnej części dla kapłanów w ekumenicznym zgrupowaniu w Taizé. Okazało się, że wchodzimy w jakieś dziwne korytarze, ale Pani Babcia powiedziała tylko radośnie, że zaraz przeżyjemy przygodę! Po ostatecznym opuszczeniu tego miejsca zobaczyłyśmy znak: "zakaz wstępu, prywatne!". Cóż.

Taizé
Taizé

- Pani Babcia miała telefon w takim różowym pokrowcu, kiedy go szukałyśmy śmiała się, ze ma pokrowiec Barbie. A propos, zgubiła dziś ten telefon. Mam nadzieję, że w obliczu wszechobecnych stereotypów nie zostanę posądzona i przywłaszczenie go sobie... ;)
Oczywiście żartuję - nie zakładam takiej opcji.

Było jeszcze coś. Wyszliśmy "na miasto", właściwie do parku, pożegnać tych, którzy jutro rozjeżdżają się do innych uczelni. Dawno nie widziałam tak pijanego człowieka jak dziś, ale obawiam się, że ten nie był ostatni...

Park, Argentyńczyk i gitarrrrra.

byłam dziś u Darii, to widok z okolic jej domu. Cluny jest daleko przed nami. tu prawie nie widać.


 
bardzo stary hotel obok Taizé, po lewej napis: "bieżąca woda", a po prawej: "centralne ogrzewanie" ;)

 
nowa siostra Darii po lewej ;)
Bonne nuit :)

sobota, 1 września 2012

31 sierpnia


fascynujące były dziś zajęcia

Daria:

Straszne france z tych Francuzów. Taka słoma z butów wychodzi, że aż szkoda mówić.
 



Monika:

Dzisiaj aż przykro cokolwiek pisać. To smutne, że tak ważni się czują przy tym jak mało sobą reprezentują. Ten rok będzie wielką lekcją pokory, bo będziemy się musiały pilnować, żeby ich słuchać i nie powiedzieć całej prawdy o tym, co o tym wszystkim myślimy.
Worek rozmaitości na dziś:
- Łódź jest na pólnocy Polski, za Warszawą, zaraz obok Rosji
- Fantastyczna prowadząca zajęcia chciała nam zaimponować i z uśmiechem na twarzy krzyknęła w naszą stronę: "da!!!!!!"
-  Tu na zajęciach przygotowawczych dla inżynierów uczy się jak znaleźć problematykę w tekstach literackich
- Mamy takiego Niemca (ułożonego pod linijkę), który codziennie o 10.00 wychodzi do toalety, a po 20 minutach wraca o 10cm wyższy. Może istnieje jakaś zależność... tego nie wiem.
- Uwaga, informacja tylko dla ludzi o mocnych nerwach: Francuzi nigdy nie myją się wieczorem i żadne z nas nie widziało ich jeszcze w łazience, mimo że z nimi mieszkamy. Dodam: do Francji nie dotarł jeszcze dezodorant, ale nie przeszkadza im to w ciągłym podnoszeniu rąk do góry.
- Dziś do obiadu były buraki mielone z pomidorami - nazwali to gazpacho, ale było obrzydliwe. W ogóle jedzą dziwne rzeczy...
- Za uśmiechanie się do Panów i Pań kucharzy dostaliśmy (Polacy) dodatkowe desery. Co jak co, ale to akurat mają dobre.

wykład z Panem byłym Dyrektorem. żywa dyskusja na auli. senność...


Podsumowując: Polacy ciągle narzekają, ale dlatego, że mają na co. Spodziewałyśmy się chyba zbyt wiele. Zobaczymy co będziemy mówić jak zaczną się zajęcia, takie prawdziwe, ale póki co wielkie rozczarowanie ludźmi, organizacją (bo ona tu nie istnieje absolutnie - wszyscy się spóźniają, zmieniają plany na ostatnią chwilę, nie dogadują miejsc lub godzin między sobą, eh) i takim ogólnym wrażeniem.
A no i ponieważ mieszkamy na wsi w powietrzu permanentnie unosi się zamach krów i koni. Gówna! (D.)

Dziękujemy, dobranoc.