piątek, 14 września 2012

14 września

Monika:

D: "Jest piątek, rozluźniamy oczy!". Po czym Daria zaczęła oglądać wypadki samochodowe i rozwalone motory śnieżne.

Dobrnęłyśmy do weekendu! I to jest najważniejsza informacja dzisiejszego dnia. Tak będziemy sobie tu żyć: od weekendu do weekendu.
Nie jesteśmy jeszcze wulkanami optymizmu, ale jest na tyle lepiej, że postaramy się aż tak nie narzekać. Tzn. nie jest lepiej, ale zmieniłyśmy nastawienie. Czasami to wystarczy.

Co do dziś: Na początek fascynujący wykład z prawa pracy. Dobrze, że dostajemy wydrukowane materiały, bo czasami przegrywamy ze snem i wtedy tracimy orientację w temacie. Dzięki temu wykładowi przekonałam się do ściągnięcia gier na telefon. Zawsze byłam im przeciwna, ale w tym konkretnym wypadku mogę to sobie wybaczyć ;) krzyżówki, sudoku, zagadki logiczne, może nawet na tym skorzystam ;)

W ramach raportu z wykładu:

D: "Zobacz - po jego głowie przeszedł Mojżesz!"

Na zdjęciu można również zauważyć nasze przepiękne szkolne mundurki, do których musimy doszyć sobie kieszenie. Nikt jeszcze co prawda nie wie skąd weźmiemy materiał, ale zawsze przecież można oderwać kieszeń od jakiegoś innego ubrania... Albo bardziej po ludzku: jechać do jakiejś cywilizowanej miejscowości i ten materiał kupić.

Po wykładzie i pysznym jak zawsze obiedzie nadszedł czas na moje pierwsze tu laboratoria. Podobno były z informatyki, ale wciąż nie jestem pewna. Sympatyczne, wreszcie coś konkretnego, choć słabo wyjaśnione. Tak czy inaczej podobało mi się nawet, bo to był taki inżynierski program do różnych obliczeń. Profesor był jakiś z kosmosu, ale do tego już tu się powinnam była przyzwyczaić :)

Po wszystkim pojechałyśmy na zakupy. Śmieją się z nas, że dużo jemy, ale przecież robimy zakupy raz w tygodniu, więc to wcale nie jest prawda! Postanowiłyśmy zjeść w końcu normalny obiad, więc kupiłyśmy sobie makaron, pesto i piersi z kurczaka... i tu zaczyna się zabawa.
Kuchnia w opactwie. Owszem, istnieje, ale nie ma w niej wody, wszystko jest brudne, kuchenka elektryczna podgrzewa olej przez 20 minut, a tego kurczaka smażyłyśmy chyba ze dwa razy tyle. Ale nie jest źle, bo koniec końców zjadłyśmy super dobry obiad. W końcu!

Mamy weekend, wypadałoby się stąd wyrwać. Chciałyśmy jechać do Tuluzy (bo jest tam nasza koleżanka z roku, która średnio dobrze się tam czuję, więc postanowiłyśmy zrobić coś z obopólną korzyścią - i dla niej, bo miałaby towarzystwo i dla nas, bo wyrwałybyśmy się z Cluny), ale niestety różne przeciwności (takie jak 600km drogi, brak samochodu, drogie pociągi, koleżanka nieodbierająca telefonu i inne) spowodowały oddalenie myśli o Tuluzie. W efekcie ustaliłyśmy, że jedziemy jutro do Genewy, mamy niedaleko, jest ślicznie, a pogoda też zapowiada się niezła. Trzeba korzystać póki nie ma dużo nauki.

Już wiem jaka impreza odbywała się w nocy. Tzn. my spałyśmy, ale w głównej gali (to taki wieeeeelki korytarz na piętrze opactwa) pewna grupa osób obchodziła urodziny Stefana - Rumuna. Wsadzili go do wózka z hipermarketu, rozpędzali po jednej stronie i łapali po drugiej. Studenci :)
Poszukam zdjęcia tego korytarza, żebyście lepiej sobie to zwizualizowali...


To nie to, ale podobne, tylko piętro wyżej i dwa razy szersze. No i ma ścianę zamiast tego krużganka po lewej.


Na zakończenie dodam jeszcze, że dyrektor szkoły kazał nam zamykać w weekend pokoje na klucz, bo przyjadą złodzieje... Konkretnie chodzi o to, że w ten weekend jest jakieś święto dziedzictwa narodowego i wszystkie ważne budynki są otwarte i można je zwiedzać za darmo. Przewiduje się, że w sobotę i niedzielę przewinie się tu 4000 turystów.
Obiecujemy zamykać.

ps. znalezione na francuskiej stronie, tej samej, gdzie Daria ogląda wypadki. Polska widziana oczami Francuzów w dwie minuty.


A propos Darii: nie odezwie się dziś, mówi, ze się śmieje i nie ma czasu ;)
Więc i ja kończę, pośmieję się z nią.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz