niedziela, 9 września 2012

9 września

Monika:

Najpierw wyrzut, potem opowieści z dnia.
Na moje nieszczęście dziś impreza wypadła w naszym pokoju. Wszyscy tu wchodzą, krzyczą, są już dość pijani, więc gadają głupoty i naruszają strefę nienaruszalną - antresolę z łóżkami. Nie muszę dodawać, ze standardowo patrzą mi w ekran i pytają czemu jestem taka smutna. A ja po prostu nie mam już ochoty na siedzenie na dole... To przecież nic złego.

Dzień był dość leniwy. Wstałam. Poszłam z Werą do kościoła (byli też inni studenci, Francuzi). Trzeba przyznać, że jest trochę inaczej niż w Polsce, ale pewnie z czasem się przyzwyczaję - przecież wierzą w to samo i słowa są te same, tylko trochę w innym języku ;). Później poszłyśmy we 4 na takie święto miejskie - każdy miał założyć jednokolorowe ubranie, były stoły w każdym z tych kolorów, jakieś koncerty i inne takie. Chodziło o wspólnotę mieszkańców i powitanie wszystkich, którzy do niej dołączyli. Poszłyśmy tam i było beznadziejnie, więc po 15 minutach wróciłyśmy. A potem już tylko siedziałam, leżałam, stałam, siedziałam, chodziłam i takie tam. Pół dnia z słuchawkami na uszach, na skypie.

Wera i Daria na fioletowo z szałowymi kolorowymi stołami za sobą.
dalszy ciąg festynu/imprezy - nie wiem jak to nazwać
A nie, wypełniłam jeszcze formularze autoewaluacyjne na uczelnię, 250 pytań zamkniętych + 10 otwartych. Wyszło tak źle, ze lepiej, żebym już wróciła do domu zanim się w ogóle zaczęły te zajęcia ;D Właśnie, zaczynają się jutro o 7.45.

Co do teraz: impreza się rozproszyła - uf. Można iść spać. Ale tak nam nachuchali, że nie da się tu zasnąć z tej duchoty i gorąca.

Ok, baza różności z dziś:

- spadł mi pierścień z aparatu - dla niewtajemniczonych to jest właśnie jego najważniejsza część, ale spokojnie: szybko skontaktuję się z lekarzem bądź farmaceutą i na pewno nie wypadną mi wszystkie zęby

- jako że żyjemy w budynku straszliwie starym to wszędzie aż ciemno od kurzu, wcale się nie dziwię, że studenci wyglądają jakby palili coś dziwnego, skoro codziennie wdychają ten kurz. póki co - moje odczulanie przegrało z tym brudem

- nie zwracam już czasem uwagi na to, co się tu dzieje, ale kiedy usłyszałam dziś ludzi grających na... kobzach, musiałam wyjrzeć przez okno. hmm, kraj pełen różnorodności.

- a na koniec: ubrania robocze, znów nie mamy zdjęcia, bo mimo że są już skompletowane, nikomu się wcale nie spieszy, żeby je założyć... może innym razem.

Daria się dziś najprawdopodobniej nie odezwie, bo hula gdzieś po pokojach i zakładam, ze jak wróci to blog nie będzie pierwszą myślą jaka przyjdzie jej do głowy, ale sądzę, że jej przemyślenia co do naszej niedzieli są podobne do moich, bo jak się nietrudno domyślić, cały dzień spędziłyśmy i tak razem.


początek imprezy, na którą gdzieś tam wcześniej narzekałam;
w tle: nasza nowa szafa :)
ciąg dalszy początku imprezy

z ciekawostek - turystka postanowiła uciąć sobie drzemkę opactwie


Dobranoc :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz